VII Rajd Dolnego Sanu – TP50 – relacja

Rajd Dolnego Sanu – dużo dobrego słyszałem o tej imprezie, szczególnie o jej dobrej atmosferze.  Dlatego po długim wahaniu (już zapłaciłem za start w innym biegu) postanawiam zmienić plany i zamiast startować w półmaratonie Marzanny wziąć udział w VII Rajdzie Dolnego Sanu .  W tym roku był to właściwie Rajd Górnego Sanu, gdyż baza zawodów była zlokalizowana w Sanoku. Ale to, że to są to moje rodzinne strony mnie tylko dodatkowo zachęciło, bo dla mnie wiele kilometrów biegania po lesie z sympatycznymi ludźmi jest wystarczająco fajne.

Rozpoczynamy odprawą uczestników o  8:20  – główny organizator imprezy Hubert Puka rozpoczyna od komunikatów startowych,  dodając komentarze do chwilę wcześniej otrzymanej mapy. Analizując mapę wygląda na to, że pomimo tego, że zawody TP50 odbywają się w formule scorelauf, to tak właściwie sensowne są tylko dwa warianty w formie pętli – na północny zachód albo na północny wschód.

Odprawa startowa - prowadzi Hubert
Odprawa startowa – prowadzi Hubert

Start biegu jest równo o 9:00 spod bazy. Wybieram wariant północny wschód – 1-2-3-4-5-6-12-13-14-15-Meta, chcę mieć trudniejszą pod względem przewyższeń część trasy z głowy na początku, końcówka wygląda na łatwiejszą. Do PK1 najpierw asfaltem DK28, potem na północ w okolicach OSP. Oczywiście punkt przegapiam – sugeruję się tym, że w miejscu gdzie moim zdaniem powinien być punkt przeszukiwał zawodnik przede mną, zaś on przegapia punkt, a ja idę na północ pomimo tego, że po drodze mijam dwóch zawodników, z których jeden twierdzi że punkt jest wyżej a drugi, że niżej, wygląda, że któryś z nich chciał nas nabrać ;).  Po chwili docieram do skrzyżowania strumienia, orientuję się w pomyłce, więc zawracam do PK1 (9:47) . No to nieciekawie się zaczęło – od pomyłki przy łatwym do znalezienia punkcie. Plan na PK2 jest następujący – najpierw niebieskim szlakiem w okolice Małego kamienia, z zielonego szlaku na północny wschód do wyciągu narciarskiego. Pierwsza część planu została zrealizowana bezbłędnie, niestety przy Małym Kamieniu (albo podobnej skale) odbijam na południowy wschód, może i szybko schodzę, ale potem muszę jeszcze dwa razy podchodzić przez wąwozy. Jakoś wychodzę z tych wąwozów strasząc sarny, znajduję wyciąg i podbijam PK2 (10:39). Następnie szukam drogi na NNE  i napieram do góry do szlaku na Słonną (639 mnpm). Zaraz za nią odbijam na NE niebieskim szlakiem, zbiegam i trafiam bezbłędnie w PK3 (11:30), gdyż ominąć się go nie da – jest zlokalizowany za cerkwią w Hołuczkowie.

© Źródło:http://pl.wikipedia.org/wiki/Cerkiew_%C5%9Bw._Paraskewii_w_Ho%C5%82uczkowie, licencja: [CC-BY-SA 3.0 Deed]

Do następnego punktu planuję przedostać się przełęczą pomiędzy Oleszczatynem a Grotkami. Od cerkwi zbiegam na północ, potem odbijam na zachód, potem na północ. Niestety przeoczyłem fakt, że po drodze jest całkiem spora rzeka – Tyrawka, więc po raz pierwszy zakasuję nogawki i pokonuję ją w bród. Teraz do przełęczy, w dół do Laski, i do góry do Krecowa przez Budziska. I w tym miejscu niespodziewanie spotykam kolegów z Mission Impossible Team – a ponieważ są ode mnie sporo mocniejsi biegowo, więc spodziewałem się, że są już parę km przede mną (ostatecznie na mecie byli godzinę przede mną, również zaliczyli kilka wtop). Razem zbiegamy do Krecowa, tam łatwo znajduję punkt PK4 (12:54). Teraz miało być w miarę łatwo, jak się okazuje tutaj będzie największa pułapka, w którą wpadło wielu zawodników, którzy obrali wariant taki jak ja. Otóż zaczyna się niewinnie. Asfaltem na zachód, potem na północ szeroką drogą szutrową. Tam miał być wlot na niebieski szlak. Nie było, albo nie jest zaznaczony wyraźnie, idziemy dalej na północ, tam jest następny zakręt na zachód. Dochodzimy wyraźną drogą  do oznakowanego szlaku przy kapliczce i natychmiast się go zaczynamy trzymać. Problem w tym, że nikt z grupy nie popatrzył (no może oprócz mnie, ale to zignorowałem), że szlak idzie na północny wschód, a nie zachód… Tak więc nieświadomie idziemy w stronę Na Wysokim. W pewnym momencie spotykamy inną grupę, która idzie z przeciwnej strony i twierdzi, że trzeba wracać szlakiem, którym przyszliśmy. Nie słucham ich, jednak po chwili zatrzymuję się i analizuję mapę – wszystko zaczyna się zgadzać. Zawracam, niestety nie trafiam w drogą, którą wszedłem na górę, zbiegam za bardzo na południowy wschód. Niefortunnie decyduję się o skrócie na zachód nieco za wcześnie (to widać dopiero na śladzie GPS). Przedzieram się przez wyrąbkę po jakichś kłodach i wąwozy. I docieram w końcu do kapliczki. Szczęśliwy nie jestem, mam godzinę straty i dodatkowo 3,5 km drogi oraz 250 metrów przewyższeń w plecy. Tym razem odbijam przy kaplicy na zachód, co się okazuje dobrym wyborem, zbiegam drogą i 20 minut później jestem przy PK5 (14:56), którego szukam jakieś 10 minut (szukam za bardzo przy skrzyżowaniu dróg znowu patrząc na to, że w miejscu w którym myślałem byli inni zawodnicy).

PK5

Zbiegam do Dobrej, skończyła mi się woda, więc czas na chwilę przerwy przy sklepie i kolejnej cerkwi, bo teraz szykuje się przelot.

Przelot do PK6. Źródło zdjęcia: https://plus.google.com/photos/105777127940786017395/albums/5994027430867975393

Tutaj jest łatwo – asfaltem do Ulucza, potem do góry na Dębnik do cerkwi, obok jest PK6 (16:08).

Okolice PK6
Okolice PK6

Teraz w dół przez krzaki w stronę kładki na Sanie do Witryłowa.

Kładka na Sanie w Uluczu

Tutaj za mostem wg mapy powinien być niebieski szlak. Niestety nie ma nic takiego, lecę przez pola na wschód widząc na południe ode mnie innych zawodników, więc wiem że lecę w miarę dobrze. Dobiegam do zabudowań, tam dalej trochę poprzez pola trafiam na jakąś drogę, która wygląda dobrze, to znaczy jest skierowana w dobrym kierunku i zwrocie. Po chwili pojawiają się niebieskie znaczki, teraz jest łatwiej. W pewnym momencie jest zwrot na południe, szlak zaś miejscami jest zaorany, jakkolwiek już widzę wieżę cerkwi, gdzie znajduje się PK12 (17:05).

Cerkiew w Łodzinie
Cerkiew w Łodzinie

Plan na następny punkt jest prosty – po asfalcie do Hłomczy, tam odbicie w odpowiednią drogę, potem w górę strumienia w punkt PK13 (17:58) – plan udaje się zrealizować idealnie. Zbiegając przyłączam się do Michała i Sebastian, z którymi pokonam kilkanaście następnych kilometrów. Teraz asfaltem do Mrzygłoda, przez most na Sanie do Tyrawy Solnej. W międzyczasie robi się ciemno. Planujemy przejść niebieskim szlakiem na drugą stronę przez Moczarki. Wszystko idzie dobrze do momentu, kiedy szlak krzyżuje się z jakimiś drogami, tam gubimy szlak i idziemy drogą, która idzie mniej więcej w dobrą stronę, droga jest kamienista i mokra, ale napieramy. Trafiamy na jakąś szkółkę leśną, musimy ją ominąć, potem na zachód i … trafiamy na niebieski szlak. Obiecujemy sobie,  że będziemy się trzymać szlaku. Ale obietnicy dotrzymujemy tylko chwilę, w momencie kiedy znajdujemy całkiem szeroką drogę na zachód odbijamy. Jak się okazuje dobra decyzja, trafiamy do Lisznej, teraz tylko trzeba znaleźć kościół. Jest on usytuowany kilkaset metrów od drogi, trafiamy bez problemów. Okrążamy go i przy cmentarzu trafiamy na PK14 (20:31). Uff, jeszcze jeden punkt. Planujemy przebić się na zachód do niebieskiem szlaku i nim dotrzeć do Międzybrodzia. Plan udaje się tym razem zrealizować bez problemu, szlak jest szeroki, wygodny i dobrze oznaczony. Trafiamy na PK15 (21:45) za kościołem/cerkwią Świetej Trójcy oraz piramidą-grobowcem, który w świetle czołówki wyglądał tak.

PK15 - Piramida w Międzybrodziu
PK15 – Piramida w Międzybrodziu

Teraz już naprawdę ma być łatwo, zostawiam towarzyszy, a ponieważ trochę odpocząłem zaczynam zbieg do mety, wzdłuż Sanu do Białej Góry, potem do mety (22:28).

Całość trasy zajęła mi 13 godzin i 27 minut, to chyba najdłuższe czasowo moje TP50 jak do tej pory, ale tak to jest jak się gubi szlak i zamiast pięćdziesięciu paru km robi się siedemdziesiąt oraz 2200 metrów przewyższeń zamiast 1400 metrów. Odliczając czas na wtopy (10 minut PK1, 60 minut PK4-PK5, 10-15 minut PK13-PK14) oraz gdybym miał lepszą motywację do szybszego przemieszczania się to dałbym radę być jakieś 2 godziny wcześniej. Jak na marzec było gorąco, powyżej 20 stopniu w cieniu i słonecznie, woda kończyła mi się błyskawicznie – w czasie całej drogi wypiłem 5 litrów płynów.

Imprezę oceniam bardzo pozytywnie, fajna ekipa, sympatyczny organizator, piękne miejsca, nawigacja niby łatwa, ale po konfrontacji mapy z rzeczywistością już nie taka oczywista. Brakowało mi trochę etapu BNO w porównaniu z innymi imprezami. Serdeczne podziękowania dla Huberta i innych organizatorów  za ten ekscytujący dzień i i widokową (górzystą) trasę. Podziękowania dla towarzyszy na szlaku :).

Przebieg trasy wg GPS na mapie wektorowej:

Całkowity dystans: 69374 m
Najwyższy punkt: 718 m
Najniższy punkt: 267 m
Wyskokość podjazdów: 5821 m

Przebieg trasy na mapie organizatorów (na skanie):

rajd_dolnego_sanu_skan

Dodaj komentarz

1 Komentarz do "VII Rajd Dolnego Sanu – TP50 – relacja"

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany

Oj błądziliśmy…. błądziliśmy…. szczegóły wkrótce .

wpDiscuz