Czarna Cobra 2018 TP50 – Relacja

Czarna Cobra 2018 TP50 – Relacja

Korzystając z corocznego wyjazdu nad Bałtyk postanowiłem przy okazji wystartować w jakichś zawodach z cyklu PMNO. Możliwości miałem dwie – albo jechać przez Poznań i wystartować w maratonie Szaga, albo wracając zaczepić o Koszalin i wystartować w maratonie Czarna Cobra. Ponieważ start w Szadze wiązałby się z jakimś koszmarnie wczesnym wstawaniem a byłem wtedy jakoś zmęczony życiem więc postanowiłem odpuścić i wystartować dopiero w Manowie po tygodniowym „odpoczynku”  w Kołobrzegu :).

Kołobrzeg

Dwa słowa wstępu o Kołobrzegu. Miasto wydaje się podzielone torami kolejowymi na część mieszkalną wypoczynkową, w części wypoczynkowej ciężko jest o sklep spożywczy, jest jakoś dziwnie, dużo wczasowiczów którzy nic nie robią, nudy :). Dobrze, że jest Bałtyk oraz że mam ze sobą rower – bez problemu uciekam w odludne miejsca i zwiedzam okolice. Oczywiście pobiegałem po bałtyckiej plaży – takie bieganie to jest mój główny powód wyjazdu nad Bałtyk. Biegałem prawie codziennie :)  Pozdrowienia dla Baru Rower położonego na deptaku, gdzie też w sumie byłem codziennie ;)


 

Czarna Cobra TP50

Z pewnym smutkiem rozstaję się z Morzem Bałtyckim i w sobotę rano jadę na zawody do Manowa. Z Czarną Cobrą mam nierozliczone sprawy sprzed dwóch lat – wtedy poległem tam sromotnie podczas ośmiogodzinnego rogainingu.  W tym roku start zawodów jest zaplanowany na 9 rano, nie muszę się spieszyć ze wstawaniem. Baza zawodów znajduje się w wypasionym Ośrodku Edukacji Ekologicznej PZŁ w Maniowie, mamy go w całości dla siebie.

Kilka minut przed startem otrzymujemy mapę. A tak właściwie to jedną dużą mapę i 21 mikromapek – każdy punkt na mapie ma rozświetlenie. Pierwszy raz się z tym spotykam, organizator się przyłożył, super. Tutaj przyglądam się rozświetleniem, jakkolwiek one miały znaczenie dopiero po dotarciu do punktu kontrolnego.

Teraz pozostaje zaplanować przebieg trasy na dużej mapie. Wybieram wariant prawoskrętny – zaczynam od PK11, wydaje mi się, że w tym kierunku będzie więcej przelotów na początku. Trasa nie będzie bardzo szybka – 22 punkty kontrolne do odszukania na rozświetleniach zajmą trochę czasu. Do kolejnego punktu czeka mnie przelot przez Wyszebórz, przez większość czasu towarzyszy mi dziewczynka z zakupami jadąca na rowerze, nie wiem w sumie dlaczego. Punkt PK14 znajduję bez problemu przy uroczym jeziorku.

 

Kolejny punkty jest blisko, ale dopadają mnie kłopoty żołądkowe, więc muszę się zatrzymać, tracę kontekst i troszkę się gubię. Dopiero patrząc na rzeźbę terenu znajduję PK7. Przy PK4 spotykam Karola, więc razem znajdujemy punkt dosyć łatwo. Karol biegnie na zachód, ja na północ i wschód aby asfaltem dotrzeć do PK13 położonego nad uroczą  rzeczką na północnym stoku górki. Znowu pomaga mi rozświetlenie i rzeźba terenu.

Teraz przelot na północ szeroką szutrówką i znajduję PK12 na brzegu rzeki. Do kolejnego punktu miało być łatwo, ale ja mylę szutrowe szerokie drogi i muszę wbijać się w las aby w ogóle do niego dotrzeć, zamiast brać PK22 od wschodu jak człowiek wbijam się na niego od północnego zachodu i tracę jakieś 10 minut. Za to kolejne PK1 i PK9 wchodzą bez problemu, przy okazji pierwszy raz w życiu widzę przecinki leśne prowadzone przez całkiem niezłe górki. Niestety przy PK10 kompletnie źle wchodzę do lasu i szukam punktu w jakichś bagnach, muszę się wycofać i spróbować jeszcze raz, tracę 15 minut. Teraz chwila wytchnienia i tankowanie wody w PK6, w którym organizator zostawił wodę. Minęło 4 godziny i 20 minut  i to jest mniej więcej połowa trasy, idzie mi dosyć słabo. Do PK19 docieram łatwo, chociaż nieco drogą naokoło. Niestety gubię się na następnym wzgórzu – przy PK20 wchodzę na górkę zbyt szybko, a więc niewłaściwą górkę, na górce jest jakiś punkt – ale jak się okazało był to stary punkt z jakiejś innej imprezy, musiałem się wrócić na północ i wdrapać na kolejny szczyt.

PK5 jest położony przy kapliczce w nieoczywistym miejscu, jakkolwiek znajduję go za drugą próbą. Do punktu zbiegam tam prostą ścieżką po drodze mijając sporą ilość zawodników biegnących w drugą stronę. Kolejne dwa punkty to będzie dramat. Przy pierwszym z nich nie trafiam dobrze w otoczenie punktu i zaczynam go atakować od … południa, a przecież moja trasa tutaj prowadziła od północy. Nie mogę się wstrzelić w rozświetlenie. W końcu wydaje mi się, że się udaje, ale krążę dookoła po górkach i wąwozach ale punktu nie widzę. Próbuję ze wschodu, z zachodu, z góry i dołu. Był moment, że usiadłem na ziemi i prawie się rozpłakałem ;) Dopiero kiedy usłyszałem głosy kolegów z trasy, którzy punkt znaleźli popędziłem w tamtą stronę, zapytałem grzecznie a oni mi pokazali kierunek i punkt. W sumie na szukanie PK16 tracę 30 minut.

A wystarczyło punkt zaatakować od północnego zachodu, powoli zaczynało wychodzić zmęczenie i brak myślenia.

Dalej chwilę lecimy razem z kolegami i razem też mylimy drogę na wschód. Po chwili rozdzielamy się, bo chcę nawigować samodzielnie. Nie wyjdzie mi to na dobre. Najpierw po obiegnięciu rudego jeziorka wybiegam gdzieś na wschodnich rubieżach Koszalina. Muszę się znowu wbić w las i odnaleźć na mapie, prawie się to udaje oprócz samych okolic punktu, gdzie na szczęście spotykam innego zawodnika. I znowu przez nawigację tracę 15 minut. Za to PK17 znajduję łatwo, bo jest łatwy – wystarczyło najpierw przedrzeć się wąwozem a potem przejść kawałek grzbietem górki i nie schodzić w głęboki dołek w którym był lampion, bo perforator był na górze ;).

 

PK15 także wchodzi niespodziewanie łatwo, jest na niższym wierzchołku Krzywogóry, najwyższego wzniesienia w okolicy – 133 mnpm. Kłopoty zaczynają się przy kolejnym punkcie – najpierw przelot nie do końca określonymi drogami, potem za wcześnie skręcam na zachód i muszę przedzierać się przez las na południe. Zaczynam nawigować na rozświetleniu, ale mijam kamieniołom, gdzie miał być punkt. Wracam i namierzam jeszcze raz, tym razem dokładniej trzymam się kompasu – i znajduję PK21. Słyszałem, że sporo ludzi miało z nim problem. Strata tutaj to około 8 minut. Teraz czekał mnie długi przelot i łatwy do znalezienia punkt wg mapy. Niestety najpierw niepotrzebnie zbiegam niezaznaczoną na mapie dużą szutrówką na południe i dół, muszę się wracać pod górę. Potem droga z mapy gdzieś mi ginie i muszę próbować się odnaleźć, robię to źle – mylę kilkumetrową przecinkę w lesie z szutrową drogą (może zarosła ?) i zaczynam kreślić tutaj niepotrzebne koła. Dopiero po 15 minutach wracam się do tej „przecinki” gdzie jak się okazało był PK3.

Kolejny punkt leży na południowym brzegu jeziora – próbuję odnaleźć jakąś sensowną drogę w tym kierunku, ale nie udaje się, spędzam czas przedzierając się przez bagno i paprocie. Drogę znajduję dopiero będą już właściwie za jeziorem – okazało się że wokoło jeziora jest ścieżka niezaznaczona na mapie. PK2 znajduję jeszcze po 5 minutowym błądzeniu w okolicy – jestem zmęczony i mylą mi się symbole na mapie.

Został mi ostatni punkt. Jestem odwodniony, to miał być przelot a było przejście. Punkt PK18 znajduję bez problemu i nawiguję w stronę bazy. Trafiam na drogę w dobrą stronę, ale chyba jest mi za dobrze bo postanawiam skrócić przez łąki. Niestety łąki zamieniają się w bagna, kilometr przed metą prę po kolana w wodzie. Szybko wracam do drogi i do mety.

Meta i podsumowanie

Na metę przybywam po 9 godzinach i 55 minutach po przebyciu 56,7 kilometra. Oczywiście kilometraż jest wynikiem mojego gubienia się w terenie. Czasowo wynik jest znacznie poniżej oczekiwań, znowu :). Jakkolwiek pozwala mi na zajęcie 12 miejsca na 54 zawodników/zawodniczki. Tylko 14 osób zebrało wszystkie punkty w dwunastogodzinnym limicie czasu. Nie przeszkodziło to kosmicie Pawłowi Jankowiakowi zrobić to samo w 5 godzin i 45 minut !!!!.

Zawody oceniam bardzo pozytywnie. Było trudno – 22 pochowane punkty kontrolne, które należało szukać za pomocą rozświetleń – dzięki za poświecenie przy przygotowywaniu mapy. Dosyć niedokładna mapa główna, która czasami zgadzała się bardzo dobrze, a czasami nie zgadzała się zupełnie. Bardzo ciekawy teren – miejscami biegłem przez zamszony piękny bagnisty las. Bardzo dobra organizacja i fajne miejsce na start i metę. Po zawodach najadłem się do syta pieczonej kiełbasy i pierogów i zadowolony odjechałem do Krakowa ;)

Przebieg mojej trasy na mapie poniżej:

 

Komentarze
%d bloggers like this: