X Rajd Dolnego Sanu – TP50 – relacja 2017

Imprezą w której tradycyjnie startuję na przełomie zimy i wiosny od kilku już lat jest Rajd Dolnego Sanu – towarzyski maraton na orientację należący do pucharu PMNO.  W tym roku mój start było mocno zagrożony – od grudnia staram się wyleczyć kontuzje wynikłe z przeciążeń, i jak do tej pory idzie mi to średnio. Zapisałem się oczywiście na mój ulubiony dystans a mianowicie 50 kilometrów, przy czym ze względu na kontuzje rozważałem także opcję wystartowania na trasie krótszej. Jest to mój czwarty start w tej imprezie – trzy lata temu impreza odbyła się w Sanoku i okolicach, dwa lata temu bazą były Dwikozy w okolicach Sandomierza, rok temu bazą była Nowa Sarzyna, w tym roku bazą była Łętownia położona niedaleko od Nowej Sarzyny, tak więc tereny były bardzo podobne do zeszłorocznej edycji.

Tak właściwie to wahałem się co do startu aż do piątku wieczorem. W czwartek wieczorem bolała mnie prawa pachwina, zamiast odpoczywać w piątek zrobiłem krótką przebieżkę testową po Lasku Wolskim i mocno ją ciągle czułem, jak i łydkę. Ale nie ma łatwo – ostatecznie wstałem w sobotę o 5 rano i załadowałem się do samochodu. W Łętowni jestem o 8 rano, dziwnie nic nie boli, pewnie stres robi swoje. Szybko się rejestruję, potem spotykam znajomych i zamieniam z nimi kilka zdań, miło jest znowu widzieć tych fajnych ludzi mających podobną pasję. Pogoda jest całkiem fajna, na razie nie pada, ale ma się to mocno zmienić później w ciągu dnia. O 8:40 Hubert rozpoczyna odprawę, tym razem nie ma dla nas wielu niespodzianek – brakuje na mapie opisu PK16 (co nie ma znaczenia i jest drobnym przeoczeniem) oraz PK18 jest przy stawie, który nie jest naniesiony na mapę. W sumie do zebrania jest 11 punktów kontrolnych w dowolnej kolejności.

3 2 1 Start

Mapę otrzymujemy 10 minut przed startem. Po krótkiej analizie sensowny wydaje się wariant PK1-PK3-PK4-PK15-PK14-PK17-PK18-PK19-PK20-PK16-PK21 lub PK1-PK3-PK4-PK15-PK14-PK17-PK16-PK21-PK18-PK19-PK20 – lub warianty o przeciwnym zwrocie. Ustawiam się na starcie i robię tradycyjne pamiątkowe zdjęcie z paluchem.

Minutę po 9:00 ruszamy. Wybieram wariant zgodny z ruchem wskazówek zegara, najpierw zbiegamy na południe asfaltem, powoli aby się rozgrzać. Cześć zawodników biegnie w przeciwną stronę i muszę o tym pamiętać, że powinniśmy się minąć gdzieś pośrodku.

Biegniemy wzdłuż strumienia, a kiedy strumień się kończy lecimy w poprzek łąk do ambony widocznej na horyzoncie, przy której jest PK1. Tutaj jeszcze trzymam jakiś kontakt z czołówką biegu :)

Potem biegniemy wzdłuż linii energetycznej, jest trochę chaszczy – nie jest najgorzej, szczególnie że wyskakujemy na drogę kiedy tylko pojawia się ku temu okazja i od razu przyśpieszamy. Po przekroczeniu asfaltu rozdzielam się ze stawką – przez następne 20 kilometrów nie spotkam już nikogo biegnącego w tym samym kierunku. Znajomi biegną wzdłuż linii energetycznej, ja zbiegam do wsi do asfaltu, aby potem wrócić do lasu – niestety przeoczam właściwą drogę i lecę prawie do końca do asfaltem, potem ścinam przez pola po przekątnej i łatwo trafiam w PK3 na rogu cmentarza.

Następnie zbiegam do asfaltu i nie znajdując drogi na wschód widocznej na mapie biegnę na północ, niestety droga którą wybrałem odbija za bardzo w tym kierunku, więc kiedy się tylko da odbijam na wschód i znowu tnę w poprzek łąk i bagien. Dobiegam do wąskiej asfaltowej drogi i ostatecznie trafiam na drogę biegnącą we właściwym kierunku na PK4. Przy strumieniu widzę innych dobiegających do mnie zawodników, więc uciekam szybko na północ wzdłuż strumienia.

Staram się biec drogami lub przecinkami, ale ciągle trzymając kierunek dokładnie na północ. W końcu trafiam na asfalt, który idealnie pasuje jako droga dobiegowa do punktu. Teraz jest już łatwo – 1,5 kilometra tymże  asfaltem, potem kilometr drogą polną, przez łąkę i w zakolu rzeki jest PK15. Niestety powoli odzywa się pachwina, muszę zwolnić, bieg zamienia się w trucht.

Kolejny punkt jest równo 5 kilometrów ode mnie w linii prostej, a ponad 2 kilometry więcej po wariancie, dlatego staram się skracać dystans biegnąc na azymut. Po drodze mijam stada saren i innych zwierzaków.

W końcu na horyzoncie pojawia się maszt, przy którym ma być punkt. Ale to jeszcze 2,5 kilometra stąd.

Po drodze zaczynam mijać zawodników biegnących w przeciwną stronę, zakładam sobie nieco błędnie, że to jest właśnie połowa dzisiejszej trasy. Przy PK14 mam na liczniku 23 kilometry, mija właśnie 3 godzina zawodów.

Po PK14 droga ucieka mi na północ, ale trafiam na duży szlak, który doprowadza mnie do PK18.

Teraz mam dylemat, gdyż zastanawiam się nad zmianą pierwotnego planu – najpierw miałem biec do do PK19 i PK20, teraz zastanawiam się, czy nie zacząć od PK16. Ostatecznie jednak planu nie zmieniam, po chwili znajduję PK19 na brzegu nieistniejącego na mapie stawku.

Od punktu wybiegam na północny wschód i wybieram drogi na azymut. Niestety kończy się to nieplanowanym spotkaniem z dosyć głębokim kanałem na bagnach, którego nie da się przekroczyć suchą stopą. Krążę wokoło niego szukając możliwości przejścia, ten mostek wydał mi się zbyt mało pewny.

50 metrów na północ znajduję zaporę zbudowaną przez bobry, która okazuje się wystarczająco mocna, aby przez kanał przejść suchą stopą. Niestety zaraz za nim trafiłem na płytkie bagno, więc stopa nie pozostała suchą zbyt długo:)

Teraz już wzdłuż drogi i przecinek trafiam łatwo do PK19 ulokowanego koło kapliczki w lesie przy szlaku.

Zbiegam do torów i wzdłuż nich na południe, potem odbijam na szlak chyba rowerowy. Ponieważ tutaj mam dłuższy przelot po prostej to oglądam się za siebie i … widzę w końcu innych zawodników. Trochę przyśpieszam kroku, jednak ból pachwiny daje się we znaki, muszę zwolnić. Szlak doprowadza mnie do PK20. 

Przy punkcie doganiają mnie trzej inni zawodnicy – okazuje się, że nie jestem dla nich konkurencją, gdyż oni właśnie podbili ostatni punkt i biegną już do mety. Mi został jeszcze powrót do PK16 i PK21, co niezwłocznie czynię. Niestety na początku biegnę niepotrzebnie na wschód w stronę mety i trochę się błąkam po lesie, ale trafiam w końcu na stację kolejową. Stąd zaczyna się epopeja asfaltem – ponad 3 kilometry równej drogi, które miały być zaletą wybranego wariantu trasy. Niestety nie udaje mi się zmobilizować za bardzo do biegania – trochę maszeruję, trochę truchtam, trochę idę. Doganiają mnie kolejni zawodnicy, jak się okazuje koledzy z Wrocławia i Drezna – jedna i druga lokalizacja jest nieco odległa od bazy RDS-u. Koledzy doganiają mnie i wyprzedzają, potem ja doganiam ich i tak docieramy do PK16. 

Po drodze do PK21 próbuję im uciec (serio :) , ale nie mam siły, więc znowu mnie wyprzedzają. Ponieważ jednak dwa miejsca w klasyfikacji to sporo postanawiam powalczyć z przyczajenia ;). Do PK21 docieramy prawie wspólnie.

Po odejściu od punktu zauważam, że koledzy wybierają wariant na południe, ja zaś trzymam się oryginalnych planów i lecę drogą na wschód na Babiarze, odbijam przez pola i dobiegam do asfaltu. Koledzy znikają mi z oczu. Zmuszam się do biegu i cisnę asfaltem na południe, wyskakuję na ostatnia prostą na wschód do mety i patrze na zachód –  300 metrów ode mnie na drodze widzę tychże kolegów. To mnie mobilizuje i udaje się na ostatnim kilometrze wykrzesać tempo poniżej 5:30 min/km ;), wpadam na metę minutę przed nimi. Zdaję sobie sprawę, że oni mogli w ogóle się ze mną nie ścigać, ale to i tak jest miłe ;). Oczywiście zaraz po moim przybiegnięciu na metę zaczął padać deszcz, lekko spóźniony wobec prognoz.

Podsumowanie

Na mecie jestem 7 godzin i 21 minut od startu, czyli o wiele wolniej niż zakładałem – pierwotnie chciałem uzyskać czas w okolicach 6 godzin, jakkolwiek w momencie, kiedy poczułem ból pachwiny odpuściłem bieganie tak, aby nie urazić bolącego ścięgna. Mój czas daje mi 23 miejsce Open oraz 20 w kategorii męskiej.  Długość mojego wariantu to 52,5 km i 350 metrów przewyższeń, więc bardzo płasko jak to zwykle w tym rejonie. Z wyniku jestem średnio zadowolony, ale bawiłem się świetnie :), zaś Garmin Connect zaliczył mi długie wybieganie poniżej typowego tempa zawodów

Zawody na trasie TP 50 wygrywa Kobos Tomasz (4:56 !!!), kilka minut przed Tomkiem Dudą (5:06) i Mateuszem Mioduszewskim (5:32). W kategorii kobiet wygrywa po raz kolejny Ania Sejbuk (5:56 !!!), przez Izą Osyszko (6:29) i Anetą Gurbisz (7:04).

Rajd Dolnego Sanu jest skromną imprezą ale za to perfekcyjnie zorganizowaną, z roku na rok lepiej. Punkty stały tam gdzie powinny stać, długość trasy była idealnie wyliczona, trasa była wielowariantowa, co na pewno pomogło podkolorować rywalizację. Trasa była ciekawa, chociaż oczywiście mi brakowało trochę górek :). Nic dziwnego, że na imprezę zjeżdżają się wyjadacze maratonów na orientację z całej Polski, a dzięki temu jest z kim rywalizować i porozmawiać czy przed startem czy też konsumując bigos po biegu. Dodatkowo można w tym roku można było spotkać ludzi startujących na dłuższym dystansie, gdyż wersja TP100 Rajdu miała rangę Mistrzostw Polski, więc zjechali ludzie nie widywani zwykle na południu Polski :).

Mapy

Przebieg trasy na 3drerun plus ślady innych zawodników – klik

Przebieg trasy na mapie organizatorów.

 

Film digest

Film z trasy:

ps. Relacja z dedykacją dla Igi.

Dodaj komentarz

1 Komentarz do "X Rajd Dolnego Sanu – TP50 – relacja 2017"

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany

Super relacja i no jasne, że Cię goniliśmy jak Cię zobaczyliśmy te 300 m od nas ;)

wpDiscuz