Bieg Ultra Granią Tatr – drugie podejście

Dwa lata temu zaraz po ukończeniu Biegu Ultra Granią Tatr byłem przekonany, że ten jeden raz mi wystarczy. Wtedy bieg udało mi się ukończyć tuż przed limitem czasowym.  Dodatkowo w tym roku z biegiem kolidował tegoroczny cel zbierania punktów do UTMB. Start w Biegu Ultra Granią Tatr nic mi nie dawał w tym kontekście – potrzebowałem biegów za 5 albo 6 nowych punktów ITRA, zaś BUGT dosyć niesprawiedliwie (jest trudny technicznie) ma tylko 4 punkty ITRA.  Ostatecznie jednak gdy rozpoczęły się zapisy do kolejnej edycji to postanowiłem spróbować szczęścia ponownie – może dlatego, że miałem dobre wspomnienia oraz dlatego, że sporo moich znajomych także zapisało się do losowania.  Tym razem nie miałem problemów z biegami kwalifikacyjnymi – wystarczył fakt, że dwa lata temu już udało mi się ukończyć BUGT. Losowanie oczywiście skończyło się tak, że to ja zostałem wylosowany po raz drugi a żaden z moich znajomych niestety nie dostał szansy na bieg. Zastanawiałem się, czy nie przekazać jakoś pakietu komuś z nich, kto jeszcze nie startował – ale nie było to możliwe, dodatkowo nikt z moich znajomych nie trafił na listę rezerwową – tak więc nie pozostało mi nic innego tylko po raz drugi wystartować w tym świetnym biegu.

Przygotowania

Przygotowania przebiegły podobnie jak dwa lata temu z tą różnicą, że treningi rozpocząłem dopiero w drugiej połowie lutego, gdyż wcześniej potrzebowałem przerwy związanej z leczeniem przewlekłej kontuzji. Kontuzji tej oczywiście nie wyleczyłem do końca, ale treningi trzeba było zacząć realizować. Pewnym problemem był brak możliwości robienia treningów jakościowych – praktycznie każdy szybszy bieg kończył się tymczasowym odnowieniem kontuzji. Pozostało mi robić głównie długie wybiegania przeplatane szybkimi piątkami i dyszkami tylko w biegu ciągłbym – interwały powodowały powrót bólu i wymuszały tydzień przerwy. Spróbowałem zatem trenować skupiając się na długich wybieganiach i marszach pod górę. Tak więc standardowo od początku roku wystartowałem w kilka maratonach na orientację (Rajd Dolnego Sanu TP50, Dusiołek Górski TP50, Nadwiślański Maraton na Orientację TP50, Maraton Kierat TP100), jednym maratonie ulicznym (Cracovia Maraton – 42 kilometry na 42 urodziny) i Biegu Rzeźnika (80km plus dwa treningi w Bieszczadach po biegu). Sporo także pobiegałem w krótkich biegach na orientację (jeden dzień Grand Prix Małopolski, 5 dni Wawel Cup i 3 dni górskiego Limanowa Cup).  Oprócz tego byłem 4 razy na treningach w Tatrach – dwa razy na pierwszym etapie i dwa razy na drugim etapie BUGT – trzeci i czwarty etap BUGT odpuściłem treningowo. Oczywiście nie obyło się od przerw na leczenie skręconej kostki czy przeciążonych łydek. Generalnie starałem się zrobić jak najwięcej przewyższenia zaś w okresie przedstartowym (od czerwca czyli po Biegu Rzeźnika) chciałem przyzwyczaić się do specyfiki tatrzańskich szlaków. Do Zakopanego przyjechałem na 3 dni przed startem, 2 dni wykorzystałem na chodzenie po Tatrach (ponad 40 km i 2500 m w pionie), zaś trzeciego dnia odpoczywałem – to znaczy poszedłem na Krupówki :), odpuszczając nawet Gubałówkę. Zdjęcia z tych dwóch wycieczek można sobie pooglądać w albumach na FB: Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem oraz Tatrzańskie Regle.

Dylematy przedstartowe i odprawa

Największym problem przed startem była prognoza pogody – na tydzień przed biegiem na sobotę zapowiadano deszczowy armagedon. Prognozy z czasem się zmieniały i  zagrożenie ulewami przesuwała się na coraz późniejszy termin, aż ostatecznie miało lać dopiero od godziny 15 w sobotę do końca zawodów a wraz z deszczem miało przyjść ochłodzenie. Dlatego też organizatorzy na odprawie wymusili na zawodnikach konieczność zabrania ze sobą dodatkowego (ale przewidzianego regulaminem) ekwipunku przeciwdeszczowego (kurta przeciwdeszczowa oraz wiatroodporne spodnie). Ze względu na złe rokowania pogodowe zagrożona była także godzina startu o jedną godzinę wcześniej, jakkolwiek ostatecznie zrezygnowano z tego pomysłu, podejrzewam, że jego wdrożenie wywołałoby zbyt dużo zamieszania. Deszczowa pogoda oznacza, że będzie chłodniej i będzie potrzeba mniej wody. Ja mam tylko nadzieję, że ulewa rozpocznie się najwcześniej po moim zejściu z Krzyżnego, idealnie dopiero po punkcie odżywczym w wodogrzmotach.

Odprawa BUGT 2017

Po powrocie z odprawy zasypiam bez problemu :) – i dobrze, gdyż pobudka jest już za 3 godziny.

Bieg Ultra Granią Tatr

Na start o 4 rano z Doliny Chochołowskiej tym razem jadę swoim samochodem, dzięki temu oszczędzam 30-40 minut snu. Na miejscu startu jestem o 3:20, po drodze zbieram ekipę z Chaty Biegacza. Szybka przeprawa przez kontrolę wyposażenia obowiązkowego i już czekam w blokach na bieg.

Na starcie BUGT 2017

Godzina startu lekko się opóźnia, ale to dobrze – blokuje mi się mechanizm rozkładania kijów w Fizan Compact – nie mogę odkręcić jednego z segmentów w obydwu kijach. Ostatecznie walkę z kijami wygrywam minutę przed startem. Jest bardzo ciepło, stoję bez ruchu a nie marznę o 4 rano będąc ubranym tylko w koszulkę i krótkie spodenki. W końcu rozlega się sygnał startowy i powoli ruszamy. Chciałem rozpocząć wolniej niż dwa lata temu, ale po drodze spotykam Grzegorza, z którym sobie rozmawiamy trzymając tempo, wiec czas pokonywania Doliny Chochołowskiej mija niepostrzeżenie – przy schronisku jestem wcześniej o dwie minuty niż dwa lata temu pomimo tego, że w ogóle tego nie odczułem. Teraz spokojnie podchodzę pod Grzesia, wyprzedza mnie Jędrzej, nie gonię go, coś marudzi, że nie trenował, ale ciśnie do góry. Na podejściu zaczynamy odczuwać uroki dzisiejszej pogody – wieje bardzo mocny i ciepły wiatr. Na szczycie Grzesia zaczyna mną szarpać na wszystkie strony, a najgorzej jest na podejściu na Rakoń – miejscami wiatr powoduje utratę równowagi i zmusza do marszu nawet na całkiem biegowych odcinkach. Zastanawiam się ile siły będzie mnie kosztować ta walka z powietrzem, a to jest dopiero początek biegu. Ku mojemu zaskoczeniu na Wołowcu jestem po 2 godzinach i 13 minutach, a więc w miarę wg planu. Techniczny zbieg z Wołowca wchodzi jednak wolno, potem trawersuję Łopatę i spokojnie podchodzę pod mój ulubiony Jarząbczy Wierch, na którym muszę się wstrzymywać aby nie wyprzedzać za bardzo – przecież nie jestem na treningu.

Jarząbczy Wierch

Na szczycie Jarząbczego jestem już godzinę po szczycie Wołowca, zaś kolejne pół godziny zajmuje mi dotarcie na najwyższy punkt trasy biegu czyli Starorobociański Wierch (2176 mnpm). Wydaje mi się, że napieram trochę za szybko jak na swoje możliwości – na punkcie kontrolnym na Hali Ornak jestem już po 4 godzinach i 45 minutach (miejsce 158 Open) – na żadnym treningu nie udało mi się być tutaj tak szybko, a przecież treningi te zawsze kończyłem już w tym miejscu. Od Starorobociańskiego Wierchu nie wieje już tak bardzo, ale za to wstaje słońce i robi się ciepło. Na szczęście temperatura rośnie dosyć wolno, jest chłodniej niż dwa lata temu o tej samej porze dnia. W punkcie odżywczym piję dużo wody i Coli, pochłaniam arbuzy i pomarańcze. I powoli wyruszam dłużącym się niemiłosiernie zielonym szlakiem na Tomanową Przełęcz a potem Ciemniak. Dalej zbiegam przez Czerwone Wierchy, granią na Kasprowy i szlakiem do Murowańca – tutaj bez historii, mam siły, idzie dobrze.

Na Grani Tatr
fot.Marcin Balicki

Po drodze kończy mi się woda, uzupełniam ją przy źródle przy szlaku na Kasprowy. W punkcie kontrolnym w Murowańcu jestem po 8 godzinach i 30 minutach, więc całkiem nieźle, godzinę szybciej niż dwa lata temu.

Na punkcie odżywczym w Murowańcu fot: Joanna Grabowska

Szybko konsumuję zupę pomidorową, uzupełniam wodę, wrzucam Coca Colę do plecaka i lecę dalej wyrzucony z punktu przez Aśkę – chcę zdążyć na Krzyżne przed przewidzianym w prognozach pogorszeniem pogody. Wchodząc do Doliny Pańszczycy zauważam, że Przełęcz Krzyżne jest już w chmurach – no ale to nic nie znaczy, bo jest dosyć parno. Sytuacja zaczęła się wyjaśniać na podejściu pod przełęcz – najpierw zaczęło kropić, a im byłem wyżej, tym mocniej padał deszcz. Na górze już nieźle lało, a pod samą przełęczą nad moją głową rozlega się grzmot jeden a potem drugi. Szybko przechodzę przez przełęcz, na polecenie sędziów ubieram kurtkę i już w ulewie próbuję bezpiecznie zejść na dół. Leje deszcz, jest piekielnie ślisko, każdy krok jest ryzykowny.

Schodząc z przełęczy Krzyżne fot. Grzesiek Góral

Szlakiem przelewają się strumienie wody, zejście z przełęczy zajmuje bardzo dużo czasu. Ostatecznie udaje mi się w całości pojawić w Dolinie Pięciu Stawów Polskich zaliczając tylko jeden upadek na plecy na szczęście zamortyzowany pustą butelką po Coca-Coli. Zbiegam Doliną Roztoki i jestem na punkcie przy wodogrzmotach Mickiewicza po 12 godzinach i 6 minutach (Open 126), warunki na zbiegu z Krzyżnego skutecznie mnie zwolniły. Ale teraz będzie jeszcze gorzej. Ruszam z punktu dalej i po chwili orientuję się, że czegoś mi brakuje – tak, zostawiłem na punkcie odżywczym kijki – zły wracam się po nie, chociaż już mi nie będą potrzebne. Podejście czerwonym szlakiem na Rowień Waksundzką jakoś mi wchodzi, niestety potem jest gorzej. Nie wziąłem ze sobą nic na przełamanie słodkiego smaku i od Doliny Pięciu Stawów przestało mi wchodzić jedzenie, próba przełknięcia żelu kończy się odruchami wymiotnymi, na Coca-colę nie mogę się patrzeć po wypiciu prawie 3 litrów dzisiaj. To sprawia, że kończy mi się energia – mało biegnę, podchodząc na Polanę Kopieniec muszę się zatrzymać, gdyż robi mi się słabo. Do końca biegu praktycznie już maszeruję wychładzając się przy tym mocno, gdyż ciągle pada deszcz, a w ostatniej godzinie po prostu równo leje. Docieram jednak do Kuźnic, gdzie spotykam po raz drugi Górala, który daje mi kopniaka więc biegiem ruszam na podbój ostatnich dwóch kilometrów.

BUGT – Kuźnice
fot. Grzesiek Góral

Na mecie melduję się 15 godzin i 29 minut od startu, ponad 78 minut szybciej niż dwa lata temu. W tym roku daje mi to miejsce open 150 na 340 zawodników na starcie (około 70 zawodników nie ukończyło biegu), czyli jak na człowieka zza biurka całkiem dobrze. Na mecie tak lało, że nawet nie mam foty z tego wiekopomnego wydarzenia :)

Podsumowanie

Ależ mi się podobało. Miałem wątpliwości czy zapisywać się po raz kolejny, byłem trochę rozczarowany, że nikt z moich znajomych się nie dostał. Na szczęście znajomi pojawili się i pomogli mi w treningach w Tatrach – akurat na tego rodzaju wyjazdy nie trzeba długo ich namawiać. W tym roku pierwsze skrzypce grała pogoda –  najpierw halny stawiający opór i niewidocznie wysysający siły, potem upał pozbawiający nas wody, a na końcu wprost za dużo wody z nieba sprawiło, że szlaki stały się śliskie i dodatkowo powodując wychłodzenie organizmu. Na pewno było ciekawiej niż dwa lata temu :), nie było nudy. Dla mnie był to ostatni start w tym biegu – wyniku już nie poprawię, nie chce zajmować miejsca innym zawodnikom, a mieszkając w Krakowie w Tatrach mogę sobie pobiegać co tydzień o ile jest pogoda.

Szkoda trochę tych 30 miejsc w klasyfikacji i co najmniej pół godziny czasu jakie straciłem od Wodogrzmotów, ale mam nauczkę na przyszłość, że należy przed biegiem solidnie się pakować. Niestety zadziałała rutyna – startuję prawie co dwa tygodnie w jakimś biegu i zapominam że czasami zdarzają się te cięższe i dłuższe :), które wymagają szczególnej uwagi.

Organizacyjnie bieg dopięty na ostatni guzik – no może poza małym zamieszaniem z definicją wiatroodpornych długich spodni. Widać, że szczególny nacisk jest kładziony na bezpieczeństwo zawodników. Na punktach jedzenia i płynów pod dostatkiem, troszkę więcej mogło być arbuza na pierwszym punkcie :), ale to już moje widzimisie.

Największym zaskoczeniem sprzętowym były buty – przed biegiem testowałem moje ulubione ostatnio Inov-8 Terraclaw oraz Hoka One One Challenger ATR. Ostatecznie jednak na bieg ubieram moje stare Inov-8 Race Ultra – i jak się okazało była to świetna decyzja. Co prawda przez rok w nich nie biegałem, ale poprzednią edycję BUGT ukończyłem właśnie w nich, testowo . W tym roku zaś doskonale sprawdziły się na mokrej skale – nie przypuszczałem, że będą się tak fantastycznie jej trzymać.

Dziękuję za doping spotkanym Boskiej, Góralowi, Darkowi i Misiowi. I wszystkim innym za SMSy :)

 

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
wpDiscuz